O Nas

• • •

Recenzja: Unicorn Audio Imperator RCA

Pana Piotra poznałem szukając lamp. Raz, potem jeszcze raz. Skusiłem  się  na imperatora rca, i dalszych kilka lamp. Potrzebowałem jeszcze dobrego prądu. Wyszło na listwę, najprostszą, opartą jednak na wyrafinowanej konstrukcji, i zawartych w niej komponentach. Finał przeszedł oczekiwania. Brzmienie, użyję określenie „ palce lizać”. Wiedza, doświadczenie i cierpliwość Pana Piotra z której korzystałem zaowocowała bardzo dobrym brzmieniem, i  o  to  c h o d z i.

Wojtek Kasprzak
zadowolony klient

Recenzja: Unicorn Audio Vertico

We wrześniu 2019 roku stałem się posiadaczem kondycjonera sieciowego Vertico w wykonaniu z obudową miedzianą oraz kablem zasilającym Imperatore produkcji Unicorn Audio.

Ponieważ jestem w dość stałym kontakcie z Piotrem Susułem (zaopatruje mnie min. w lampy elektronowe) po kilku tygodniach poprosił mnie abym napisał parę słów o moich wrażeniach z użytkowania kondycjonera Vertico.

Jak to w życiu bywa coś co wydaje się proste w rzeczywistości wymaga czasami sporo pracy, a przede wszystkim czasu. Jako, że z wykształcenia jestem inżynierem pracującym w zawodzie ( w przemyśle ciężkim), moje podejście do zasilania urządzeń elektrycznych jest typowo inżynierskie, wszystko musi być mierzalne w taki czy inny sposób. W przemyśle, różnorakie zakłócenia w sieci zasilającej eliminuje się poprzez zastosowanie filtracji pasywnej bądź aktywnej, w niektórych przypadkach łączy się oba sposoby tworząc układ hybrydowy. Wcześniej mierzy się rodzaj i ilość zakłóceń a następnie mniej lub bardziej skutecznie się je eliminuje. Filtracja aktywna nadążna jest z zasady bardziej skuteczna ale też nieporównywalnie droższa od filtracji pasywnej. Obie metody mają też swoje zalety oraz wady a kluczem do sukcesu jest właściwe podejście do eliminacji zakłóceń oraz precyzyjne określenie oczekiwanego efektu końcowego (w przypadku urządzeń energoelektronicznych stosowanych w przemyśle są to z reguły właściwe normy bądź przepisy branżowe). U mnie na wsi (mieszkam na obrzeżach Krakowa) zasilanie jest byle jakie, z jednego transformatora zasilane jest ponad pół dużej wioski, a wahania napięcia na poszczególnych fazach sięgają prawie 20V, posiadanie kondycjonera w systemie audio/video wydaje się być nieodzowne. Do tego dochodzi bardzo dużo zakłócających urządzeń domowych od żarówek LED, po wszelkiego rodzaju wszędzie stosowane (ze względu na niski koszt produkcji) zasilacze impulsowe.

Nie będę wnikał w budowę urządzenia ponieważ jej nie znam, zakładam, że grupa inżynierów i projektantów wykonała pracę właściwie, czego efektem ma być eliminacja zakłóceń pochodzących z  sieci w celu zasilania urządzeń audio/video.

Osobiście jestem użytkownikiem wzmacniacza, przedwzmacniacza liniowego oraz gramofonowego których budowa oparta jest na lampach elektronowych. Jako źródeł używam CD/SACD, streamera z zewnętrznym dyskiem NAS oraz gramofonu.

Szczególnie urządzenia zbudowane w oparciu o lampy elektronowe są bardzo czułe na zakłócenia występujące w sieci zasilającej, po pierwsze u mnie są to urządzenia wzmacniające sygnał, po drugie potrafią przenosić znacznie większe pasmo częstotliwości wraz z nim również towarzyszące zakłócenia. Kilka lat temu pierwszy raz poczułem chęć posiadania jakiegoś rodzaju filtracji prądu zasilającego gdy zdałem sobie sprawę, dlaczego muzyka której słucham brzmi lepiej w niedzielę niż pozostałe dni tygodnia. Zapytałem jeszcze kolegów z pracy którzy na co dzień słuchają muzyki głównie w samochodzie ale za to świetnie znają się na prądzie i wprost usłyszałem odpowiedź – to będą zakłócenia występujące w sieci zasilającej.

Na początku spróbowałem  zastosować listwę zasilającą zacnego producenta wyposażoną w szereg filtrów pasywnych. poprawa nastąpiła, nawet miejscami spora poprawa. Problemem była moja lampowa końcówka mocy 2×100 W na kanał. Ona po podłączeniu do listwy traciła szybkość, potęgę grania i wiele innych cech, więc podłączałem ją do drugiego gniazdka w ścianie. Kolejnym etapem był kondycjoner firmy Isotek G II Nova, bardzo dobre urządzenie ale podobnie jak z listwą problemem była końcówka mocy.

Po 2 latach użytkowania kondycjonera Isotek otrzymałem możliwość wypróbowania kondycjonera Vertico produkcji Unicorn Audio (ten egzemplarz był akurat w obudowie aluminiowej i przewidziany był dla studia nagrań). Normalnie nie piszę żadnych opini, czasami czytam te które dotyczą urządzeń które posiadam lub chciałbym nabyć, toteż używane w różnego rodzaju recenzjach barwne słownictwo nie jest mi obce, czasami mało zrozumiałe trudne do powiązania z czymkolwiek. Nie będę się wysilał na formułowanie niezrozumiałych określeń tego co słyszę tylko użyję sformułowań ogólnie zrozumiałych (mam nadzieje).

Ponieważ głośniki które posiadam w moim systemie audio to Raidho D1, jestem bardzo wyczulony na czystość dźwięków, makro i mikro dynamikę, pogłosy oraz ogólnie pojęte granie w przestrzeni zarówno w głąb jak i na szerokość. Słucham różnorodnej muzyki z przewagą Jazzu, ale najbardziej sobie cenię dobrze zrealizowane koncerty, gdzie dla właściwego odbioru w/w cechy wydają mi się kluczowe.

Do kondycjonera podłączyłem wszystkie urządzenia z toru audio oraz TV OLED 65″. Przede wszystkim co od razu rzuca się w uszy to przestrzeń i jeszcze raz przestrzeń, ale nie taka żeby była tylko wielka, tylko taka poukładana w której słychać poszczególne instrumenty czy wokalistów wyraźniej bardziej na żywo, tworząc jednak spójny przekaz w żadnym miejscu nie przesadzony. Wysokie tony dostały blasku oraz nastąpiło świetne zróżnicowanie elementów perkusyjnych zarówno w górnych jak i w dolnych rejestrach pasma, teraz Raidho pokazują swoje zalety jeszcze dobitniej. Zdecydowanie słychać że wzmacniacz lampowy nie ma żadnych ograniczeń, gra z dużym rozmachem i dobrze kontroluje głośniki. Nie słychać żadnej kompresji ani spowolnienia dźwięku jak było to w przypadku wcześniejszych urządzeń które posiadałem (dotyczy pracy wzmacniacza), lub tym bardziej w przypadku podłączenia do gniazdka w ścianie (zapiaszczona mało rozdzielcza góra pasma i słabsze różnicowanie dźwięków). Po podłączeniu kondycjonera Vertico nie ma znaczenia czy słucham muzyki w niedzielę czy pozostałe dni tygodnia, dźwięk pozostaje powtarzalny i równie dobrze gra każdego dnia. Zmiany w odbiorze muzyki są tak duże, że ma się ochotę do ponownego przesłuchania swojej dyskografii, większość nagrań odkrywam na nowo co niesamowicie cieszy. Oczywiście w innym systemie może to wyglądać zupełnie inaczej, ale mając półroczne doświadczenie mogę stwierdzić na swoim przykładzie, że czym lepiej poukładamy system tym bardziej możemy docenić wkład kondycjonera Vertico w całość przekazu. Dopiero gdy mój system dostał porządne zasilanie mogłem właściwie i świadomie dobrać lampy do poszczególnych urządzeń (u mnie akurat część lamp była do wymiany ze względu na zużycie, a część w tym lampy mocy dobrałem ze względu na walory soniczne). Ponieważ jak napisałem powyżej do kondycjonera podłączyłem również TV OLED 65” kilka dni temu pokusiłem się o sprawdzenie wpływu zasilania na obraz z TV. Parę lat temu gdy posiadałem jeszcze inny TV przekonałem się co potrafi z obrazem zrobić dobry kabel HDMI, więc teraz byłem równie ciekawy. Każdy TV jest generalnie bardzo czuły na wszelkiego rodzaju zakłócenia co można czasami zobaczyć na ekranie jak włącza się lodówka bądź odkurzacz, albo jak zbliżymy smartfona. Oczywiście są to zakłócenia chwilowe i nie warte uwagi, ale bardzo byłem ciekawy czy zauważę jakąś różnicę, szczególnie że obraz z mojego OLED-a nie wprawiał mnie w przesadny zachwyt. Na test nie poświęciłem wiele czasu, może ze 45 minut. Podłączyłem TV do gniazda zasilanego z transformatora separującego (dedykowane do źródeł cyfrowych – obecne TV są właśnie takimi źródłami zarówno dźwięku jak i obrazu). Dla porównania wziąłem jeden z odcinków serialu Netflix w rozdzielczości 4K oraz mecz piłki nożnej z dekodera NC+ również w rozdzielczości 4K. Od razu informuję, że TV oglądam okazjonalnie i podam wyłącznie różnice które udało mi się zaobserwować w czasie testu. Netflix – po pierwsze obraz zrobił się globalnie trochę ciemniejszy, czerń zrobiła się smolista a różnicowanie ciemnych kolorów zdecydowanie lepsze, ciemny brąz na czarnym tle był wyraźniejszy i nie zlewał się z czarnym kolorem, inne barwy też dostały lepszego nasycenia (nie bardzo wiem jak można by to inaczej opisać). Dodatkowo obraz zyskał większą głębię tak jakby był w inny sposób zarejestrowany. Mecz piłki nożnej – tutaj różnice były większe, jako że mój OLED ma tendencje do robienia żółtych plam na zielonej murawie na skrajach ekranu (w zależności od ustawienia jest to mniej lub bardzie widoczne), najbardziej ciekawił mnie ten aspekt. Ku mojemu zaskoczeniu zjawisko w zasadzie zanikło. Pozostałe różnice były takie same jak w przypadku materiału oglądanego z Netflix. Reasumując gorąco polecam urządzenie i uważam że na pewnym etapie tworzenia sytemu audio jest ono po prostu niezbędne. Dodatkową zaletą urządzenia jest atrakcyjny design oraz perfekcyjne wykonanie.

– Piotr –

Recenzja: Unicorn Audio Grandioso

Adres – https://hifiphilosophy.com/recenzja-unicorn-audio-grandioso/?caly-artykul=1

  Unicorn Audio  i TUBES-store.eu to firmy powiązane. Każda zajmuje się czym innym, ale mają wspólny podmiot właścicielski (Unicorn Group) i bezpośrednie przełożenie na rynek dóbr audiofilskich. Pierwsza zajmuje się produkcją kondycjonerów, druga handlem lampami. Nie tymi dzisiejszymi, których jakość niejednokrotnie pozostawia wiele do życzenia (albo przynajmniej trochę), tylko takimi z dawnych czasów, kiedy technologia lampowa była jedynym na obszarze elektroniki królestwem. Swoistym jest przy tym paradoksem – inkongruencją wiary w postęp – że im te z dawnych czasów starsze, tym przeważnie wyższej jakości. Że wycofanie do lat 40-tych i 50-tych to jest ten złoty okres, tam na jabłoniach złote jabłka. I druga rzecz dla dzisiejszego znawcy branży ciekawa – nikt w tamtych czasach się specjalnie nie chwalił własną najwyższą jakością, mówieniem, że na przykład moje ECC83 są lepsze od konkurencyjnych i w ogóle naj, naj. Była natomiast jakościowa gradacja – lampy klasyfikowano pod względem długowieczności i niezawodności oraz braku wewnętrznych zakłóceń, przy czym te sprzedawane jako najlepsze nie były wcale drogie, jedynie droższe od przeciętnych. Inną ciekawą rzeczą to, że nie zaistniał wyścig zbrojeń w konkurencji na najwyższą jakość muzyczną, pomijając jedynie fakt, że starano się skonstruować najlepiej pasujące do radioodbiorników duże triody (tymi okazały się mające stosunkowo najsłabsze spośród dużych wzmocnienie triody 45᾽), pojawił się natomiast wyścig w wymiarze potanienia i uproszczenia konstrukcji, na czym audiofile rzecz jasna dobrze nie wyszli – z tego właśnie się wzięło, że im te lampy starsze, tym lepsze, a te dzisiejsze nie ten tego…

Zostawmy lampowy odłam działalności, bo nie on nas tu przyprowadził. W tym miejscu po raz wtóry zajmiemy się produktem Unicorn Audio, tym razem najwyższym w ofercie i stosunkowo nowym modelem Grandioso. Nie takim jeszcze bez historii, bo na ostatnim AVS zjawił się w dwóch systemach (u Nautilusa z Octave i w Premium Sound z Shanling A600), ale jak chodzi o bliższy opis, to ten jest chyba pierwszy. Z tym że – co warto odnotować – model teraz opisywany to tak naprawdę wersja Mk II, a pierwsza to rok 2017 i wtedy na AVS prezentacje w pokojach Nautilusa, PhaSta i samego Unicorn Audio.  I może jeszcze dopowiem, bo to dosyć ciekawe, że oprócz dwóch wspomnianych i roli bycia dystrybutorem, w obrębie działań Unicorn Group znajduje się też e-smog protection, czyli ochrona przed szkodliwym oddziaływaniem silnych pól magnetycznych.

Odnieśmy na początek sprawę do testu poprzedniego, tak żeby jeszcze coś o producencie. Unicorn Audio, jako firma wchodząca w skład Unicorn Group, zajmuje się sprawami prądowymi od wielu już lat i skupia głównie na branży profesjonalnej a nie audiofilskiej, czyli na obsłudze tych miejsc, gdzie odpowiednia jakość prądu ma znaczenie dla jakości nagrań oraz precyzji produkcyjnej, a nie gdzie oczekujący rozrywek audiofil chce mieć jak najładniejsze la-la-la. Ale właśnie do audiofili są skierowane niektóre z kondycjonerów, których w ofercie jest łącznie siedem, a opisywany teraz Grandioso kosztuje z nich najwięcej (dokładnie 87 tys. PLN) i jest właśnie audiofilski. Poprzednio zapoznawaliśmy się ze znacznie tańszym, wciąż oferowanym i też audiofilskim Unicorn Audio Vertico (za 26,8 tys.) – i wówczas była mowa, że jego sercem i zarazem jedynym aktywnym systemem funkcyjnym jest wielki transformator o specjalnej konstrukcji i pływającym zawieszeniu. Którego to transformatora wraz z towarzyszącymi mu filtrującymi przybudówkami wpływ na jakoś brzmieniową okazał się nie tylko jednoznacznie pozytywny, ale też na dodatek duży. Po stronie zaś zewnętrznej mieliśmy tam do czynienia ze zintegrowanym kablem zasilającym oraz baterią gniazd Furutecha, od środka wspomaganych różnej intensywności pasywną filtracją magnetyczną, stosowną do ich ról. Tych gniazd było łącznie sześć w trzech dwugniazdowych sekcjach, a teraz będzie osiem i więcej zawiłości.

Budowa

Złote smoczysko.

Kondycjoner Grandioso – stosownie do swej nazwy – okazuje się duży i ciężki. Ma wymiary 535 x 235 x 155 mm i waży 26 kilogramów. W trybie jałowym pobiera 45 W, a obciążony może zostać po stronie gniazd separowanych transformatorowo do mocy łącznej 800 W. To tyle samo co u Vertico, tyle że tu tych gniazd jest więcej i pracuje na rzecz ich prądowej doskonałości bardziej zaawansowana filtracja. Identycznie jak u Vertico mamy też dwa gniazda z przeznaczeniem „końcówka mocy”, z których każde jest filtrowane tylko pasywnie i każde może oddać aż 2,0 kW mocy.

Zanim coś o tej lepszej filtracji – zarówno pasywnej jak aktywnej – dokończmy sprawy wyglądu. Tak samo jak u Vertico obudowa jest cała z grubej blachy miedzianej, co podyktowane zostało chęcią jak najdoskonalszego odseparowania od zewnętrznych pól magnetycznych. Takie pola w siedlisku aparatury audio są zawsze mocno obecne i przykładowo właściciel Siltecha – Edwin van der Kleij – podczas prelekcji poświęconej sprawom prądowym informował publiczność o pożytku płynącym z możliwie jak najdalszego stawiania odtwarzaczy CD od wzmacniaczy, właśnie celem minimalizowania wzajemnych wpływów magnetycznych. Skądinąd zaś wiadomo, że wzmacniacze ani odtwarzacze nie mają obudów miedzianych, zapewniających najlepszą ochronę. Nie wiem dlaczego, ale tak już jest, że nawet te najdroższe opakowuje się w cienkie blachy aluminiowe lub stalowe, najpewniej z uwagi na niższe koszty. Spotyka się wprawdzie tłumaczenie, że taka pancerna obudowa powoduje z kolei zamknięcie pól magnetycznych we wnętrzu i ich niekorzystne działanie na własne obwody urządzenia, ale gdyby to miało być istotne, wówczas najlepsze byłyby lekkie i sztywne obudowy z tworzyw, najlepiej kompozytów, a nie takiej czy innej blachy.  Może tak, może nie – w każdym razie brawa dla Unicorn Audio, które grubo walcowanej miedzi swym kondycjonerom nie skąpi i nawet blach tworzących główną skorupę nie skręca, tylko dla maksymalnej szczelności spawa z użyciem też samej miedzi, spawy oszlifowując tak dokładnie, że nie ma po nich śladu. Efektem pancerne pudło mieniącej się ciepłymi odcieniami miedzi wyszczotkowanej na lustrzany połysk.

Odnośnie teraz filtracji. Inny jest już sam transformator – identycznie wprawdzie potężny, ale zalany w miedzianej misie z dodatkowym ekranowaniem  i wyposażony w elementy minimalizujące rezonanse własne uzwojeń oraz dodatkowo ekranujące. Z tym dużo jest zachodu, to istotnie podnosi koszty. Poza tym system płynnego zawieszenie też został udoskonalony, tak żeby jeszcze doskonalej pływał nad spodnią płytą obudowy; przy czym to pływające zawieszenie nie ma negatywnych następstw na kwestie transportowe – urządzenie można nawet obrócić do góry nogami, nic złego się nie stanie.

Najdroższy wtyk Furutecha na końcu własnego kabla.

Tyle jak chodzi o filtrację aktywną, ale jeszcze kosztowniejsze różnice notujemy po stronie pasywnej. Ta składa się z sześciu miedzianych tubusów wypełnionych specjalnymi minerałami, których zadaniem jest interferencyjne pochłanianie pól wokół przewodników. W Vertico też tak się działo, ale tam wypełnienie stanowiły minerały krajowe – wielokroć tańsze, ale też wielokrotnie słabiej działające. Do Grandioso minerały ściągnięto z zamorskich krain – ich ceny są bardzo słone, a opracowanie odpowiedniej mieszanki to zajęcie dla wyjątkowo cierpliwych. Ale te rezultaty… Jako finalny efekt producent składa zapewnienie, że nie wszedł tym razem w rachubę najmniejszy nawet kompromis – sięgnięto po wszystko co najlepsze i nic już się nie da poprawić. Podobno kilka takich na wskroś zoptymalizowanych urządzeń znalazło już właściciela i jeden z nich wyraził niezadowolenie, że robi się rzeczy tak skuteczne i potem z użytkowego musu nie da się ich nie kupować.

– Po kiego pan to zrobił? – padło nawet pytanie.

– Bo mogłem – padła odpowiedź.

Poza lepszą wewnątrz filtracją aktywną i pasywną jest też ważka różnica zewnętrzna względem modelu Vertico – gniazda znajdują się na pokrywie wierzchniej a nie bocznej. To rozwiązanie znacznie ułatwi obsługę, gdyż postawionego na posadzce Grandioso o wiele łatwiej będzie połączyć z ustawionymi na audiofilskim stelażu obsługiwanymi urządzeniami. Niemal każdorazowo grube, poza sporadycznymi wyjątkami co najmniej średnio grube markowe kable zasilające są w dużym procencie także sztywne, oporne na zginanie. Niewiele między nimi takich jak Sulek 9×9, które dosłownie się leją i pełny zakręt mogą wziąć na parunastu centymetrach. (Czego producent skądinąd nie zaleca, zastrzegając tym lepsze działanie, im kabel mniej skręcony.)  Topowe Siltech, Acrolink czy Oyaide są sztywniejsze od tygrysich ogonów i dla nich wychodzenie prosto w górę będzie pokaźnym ułatwieniem, by nie rzec – zasadniczym. Tym bardziej, że w odniesieniu do kondycjonerów Unicorn Audio nie wchodzi w rachubę mogące niekiedy się przydać stawianie w innej  pozycji niż zalecana; we wnętrzu toroidalne trafo w stanie roboczym musi „pływać”, pozostać w pozycji horyzontalnej. Oczywiście zawsze jakoś można sobie poradzić, w taki czy inny sposób, ale to dobrze, że w przypadku Grandioso ekwilibrystyka będzie zbędna. Potrzebne będzie jedynie postawienie na dołączonych do kompletu specjalnych podstawkach tłumiących drgania, złożonych z mosiężnego postumentu, kulki separującej z węglika wolframu i aluminiowego kołpaka. Producent określa nawet dokładne miejsca ulokowania trzech takich elementów nośnych, co użytkownik znajdzie w instrukcji.

Osiem gniazd, w tym dwa wysokoprądowe.

Dokończmy spraw zewnętrznych. Na zewnątrz wystaje gruby, upleciony z mnogich żył w warkocz kabel zasilający, na stałe zintegrowany z kondycjonerem. To produkt własny Unicorn Audio, zakończony najwyższym w ofercie Furutecha wtykiem diamagnetycznym NFC, poddanym obróbce kriogenicznej. Z tego przewodu użyciem też nie będzie problemów, ponieważ konstrukcję ma zbliżoną do topowego Sulka, wygina się więc stosunkowo łatwo i ma wygodną długość 1,5 m. (Można zamówić z jeszcze dłuższym albo innym, ale nie wolno wymieniać samemu, ponieważ przewód zasilania stanowi integralny składnik wewnętrznej obróbki filtracyjnej i samodzielna podmiana skutkuje stratą gwarancji.)

Na koniec jeszcze o wierzchnich gniazdach, które są przecież najważniejsze. Jest ich jak już wspomniałem osiem i wszystkie wyglądają jednakowo, ale są z przeznaczeniem różnym. Wszystkie także pochodzą od Furutecha i też ze szczytu oferty, są zatem wykonane z materiałów niemagnetycznych i w części przewodzącej z miedzi PCOCC (Pure Crystal by Ohno Continous Casting) oraz też traktowane kąpielą kriogeniczną.  Od środka zostały osłonięte specjalną misą ekranującą od wpływu wewnętrznego transformatora i tak samo jak u Vertico dzielą się funkcyjnie na pary. Jest para do obsługi gramofonu i gramofonowego przedwzmacniacza; para dla dzielonego albo zwykłego odtwarzacza i/kub źródła plikowego bądź tylko przetwornika; para dla przedwzmacniaczy oraz końcówek małej mocy; i oznaczona czerwonymi kwadracikami para dedykowana wzmacniaczom zintegrowanym albo końcówkom wysokiej mocy.

Dorzućmy ostatnią kwestię użytkową: kondycjoner należy włączać do gniazda gdy jest nieobciążony, czyli urządzenia do niego podłączone muszą być wyłączone. Najlepiej będzie zatem, gdy najpierw podłączymy go do sieci w stanie ogołoconym (samo wetknięcie równa się uruchomieniu), dopiero potem urządzenia.

W działaniu

Nie musi być tak eksponowany, może stać na podłodze.

Ale gdziekolwiek stanie, wyglądał będzie imponująco.

  Umyślnie nie użyłem tytułu „Odsłuchy”, bowiem zaczniemy od obrazu. Podobnie jak w przypadku kondycjonera Shunyata Denali to nam pozwoli uzmysłowić sobie skalę działania i bardziej namacalnie uwidoczni zachodzące różnice. Jako że dźwięk bardziej pozostaje ulotnym, nie można go pokazać palcem, natomiast przeobrażenia obrazowe są bardziej bezdyskusyjne; tu się nie można wymigiwać klasycznym: „A ja różnic nie słyszę”. Tak mi się w każdym razie zdaje, bo zobaczyłem aż za wiele i trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś to zanegował.

Wizja

Sięgnijmy po konkrety. Pierwsza rzecz – obraz stał się jaśniejszy. Ale nie w zwykły sposób, że równie dobrze można by użyć regulatora jasności i podbijając o parę punktów (u mnie to skala stupunktowa) uzyskać ten sam efekt. Stała się bowiem rzecz złożona w sensie wybiórczego działania. Jaśniejsze stało samo światło – ogólna siła oświetlania – natomiast kolory nie wyblakły ani nie stały za jaskrawe. Barwy nieba, pisaku na plaży i morza w chętnie używanej przeze mnie testowej sekwencji scen z filmu Julietta i duchy nie zmieniły się co do nasycenia, natomiast uzyskały autentyczniejszą intensywność pejzażu zalanego słońcem – i to zarówno w sensie czystości koloru jak i poziomu saturacji. Bardzo wyraźnie też (zwłaszcza w odniesieniu do nieba w jednej ze scen zastępowanego kurtyną) zwiększyły gradacja faktury barwnej i przede wszystkim ciemne powierzchnie i ciemne tła zyskały dużo bogatszą morfologię. Kondycjoner Shunyaty nie szedł w tym względzie tak daleko i przede wszystkim działał raczej uspokajająco, mniej obraz intensyfikował. Aczkolwiek jak chodzi o to uspokajanie, to trzeba odnotować, że Grandioso równie perfekcyjnie zdjął z nieba szum moskitowy, co jeszcze lepiej dało się zauważyć w ostatnim ujęciu filmu Masz wiadomość (Blu-ray). Powtórzyły się także inne efekty z repertuaru Shunyaty: większa spójność obrazu, lepsze krawędzowanie i głębsze tłoczenie faktur. Nie zjawiło natomiast to, co często psuje efekty kondycjonowania – nie pojawił dodatkowy szum tła ani dodatkowa ziarnistość. Szukając wyrafinowanych barw sięgnąłem nie tylko po Felliniego, ale też po kreskówkę Kung Fu Panda, gdzie nieba w seledynach i złoceniach chińskiego malarstwa na jedwabiu stawiają twarde warunki. Z satysfakcją odnotowałem, że proponowane poprzez Grandioso odcienie bardziej mi odpowiadają intensywnością, saturacją oraz trafnością tonu. Nie mniejszej frajdy dostarczało dodawanie szczegółów. Źdźbła trawy podczas  transmisji meczu Premier League w formacie 4K stały się jeszcze lepiej widoczne, przy czym jasność trzeba było cofnąć o jeden punkt procentowy, bo saturacja murawy była zbyt intensywna. (Obraz generowany z udziałem kondycjonera, czy nawet samej audiofilskiej listwy, zawsze trzeba przeregulować.) Najwięcej jednak nowych informacji przyszło nie od oświetlonego trawnika, tylko od strony ciemnych faktur i scen dziejących się w mroku lub słabym oświetleniu. Tu skok był dramatyczny, chociaż podkreślić należy, że niezależnie od intensywności światła każda jedna faktura zyskała bardzo na czytelności szczegółów, dokładności rysunku i głębi odciskania tłoczeń. Do tego stopnia, że odniosłem wrażenie w przypadku filmów o formacie 1080p, jakby przeskoczyły do 4K, tak bardzo się zmieniły. I weź tu teraz oddaj Grandioso… bolało będzie jak cholera. Zupełnie przestałem się dziwić temu  gościowi, który do producenta miał pretensje. Od razu nasunęła się też analogia. Audiofile często nawiązują do tego, że jakaś zmiana w torze – lepszy odtwarzacz czy głośniki – dały im nowy wgląd w zbiór nagrań, w przypadku zaś Grandioso stanie się tak również z kolekcją nagrań video. Zmiany te idą tak daleko, że dałbym głowę, iż od samego uzdatniania prądu takie coś wykluczone. Konsultowałem nawet sprawę z producentem i dowiedziałem się o pewnym dodatkowym działaniu tych filtrów mineralnych, lecz to już tajemnica. (Formatu obrazu rzecz jasna zmienić nie mogą, ale w prąd mocno ingerują.)

Czerwienią oznaczone gniazda wysokoprądowe.

To jeszcze z obrazem nie koniec. Powyższe rzeczy działy się po wpięciu zebranego na jednej listwie systemu telewizyjnego do gniazda dla źródeł cyfrowych. (Telewizor, tuner satelitarny i odtwarzacz Blu-ray.), dnia kolejnego postanowiłem zaś sprawdzić działanie Grandioso w przypadku wpięcia do gniazda dla przedwzmacniaczy i słabszych wzmacniaczy. (Wszak telewizor plazmowy to pobór ponad 300 W.) A wówczas wszystko co dobre zostało podtrzymane i dodatkowo barwy się jeszcze bardziej zróżnicowały, obiekty w głębi sceny i głębsze plany stały jeszcze lepiej widoczne oraz bardziej plastyczne, gdy trzeba też tajemnicze. Ale przede wszystkim zjawiło się coś innego – nieoglądany wcześniej naturalizm faktur. Naturalizm tyczący wszystkich powierzchni: ludzkiej skóry, obić, podłóg, nieba, wody, burt statków, ścian, widoków za oknem, roślinnej szaty. I to nie było coś małego, że w sumie prawie wszystko jedno. Albowiem po raz pierwszy patrząc na Jacka Lemmona i Juliet Mills leżących nago na skale w starej komedii Billy Wildera Avanti!, poczułem na samej intuicji opartą i całkowicie mimowolną obecność żywych ludzi. Aż dreszcz metafizyczny mnie przeniknął i zmysł refleksyjny w siebie cofnął, sobie się zaczął przyglądać zmotywowaną zewnętrznie autorefleksją, takie to było mocne. Bowiem dopiero wraz z tym przeżyciem uświadomiłem sobie – w ogóle dowiedziałem się – że dla tej autentyczności najważniejsze są właśnie faktury i trójwymiarowość postaci, a nie wyraźność rysunku oraz kwantum szczegółów, które już wcześniej były zrealizowane, a tej intuicji nie było. Obie te krytyczne wartości system telewizyjny otrzymujący prąd od Grandioso i wspierany procesorem Darbee Vision (wbudowanym w odtwarzacz OPPO, przez który zawsze szedł sygnał) realizował w sposób nigdy wcześniej nie oglądany – w żadnym kinie, z żadnego projektora, na żadnym monitorze czy telewizorze. Śmiało mogę powiedzieć, że obrazy z najlepszych telewizorów OLED na AVS czy w jakichś Media Marktach to w porównaniu papuzie kicze, do realizmu nawet się nie zbliżające. Dające intuicyjne poczucie odwrotne – sztuczności a nie autentyzmu – w odniesieniu do wszystkich praktycznie składników poza szczegółowością: trafności barwnej, palety odcieni, doboru saturacji, oddania faktur, biologiczności żywych istot, trójwymiarowości obiektów, całościowej perspektywy i całościowego czucia miejsca.

Już kończę o tym obrazie, ale jeszcze jedno uszczegółowienie. Wraz z przejściem na mocniejsze prądowo gniazdko poprawił się trzeci wymiar. Poprawił nieznacznie w odniesieniu do pierwszoplanowych obiektów (gdzie już był bardzo wyraźny), ale ta niewielka poprawka dołożyła się do istotnej poprawy jakości fakturowania i wraz z nią złożyła na to coś, co do tej pory czułem tylko za pośrednictwem audiofilskiej jakości dźwięku – intuicyjnej obecności żywych ludzi; nie ikon, nie obrazków. Wyraźniej natomiast trzeci wymiar zyskał w odniesieniu do obiektów dalekich, zarówno w sensie własnej ich trójwymiarowości, jak i holografii scenicznej. Ta wzmogła się bardzo wyraźnie, też wywołując w niektórych scenach dreszcze. Bez okularów i 3D takiego efektu nie spotkałem.

Dźwięk

Ale żeby tak kablować?

W dzisiejszych czasach?

A tu masz – kablowanie wciąż w modzie.

Przejdźmy do strony odsłuchowej – brzmienia z Grandioso i bez. To „bez” oznacza w tym wypadku listwę za dwadzieścia tysięcy, czyli niebagatelny budżet, ale prawie pięć razy mniejszy. Oznacza też odsłuch z kolumnami i słuchawkami, ale o wnioskach zbiorczo.

Zacznę od tego, że już bez Grandioso zabrzmiało zjawiskowo. Czy to słuchawki z Twin-Head, czy kolumny z Twin-Head i Crofta – wszystko generalnie powyżej tego, co można spotkać na AVS poza sporadycznymi wyjątkami. Oczywiście nieładnie jest się chwalić, ale przemilczać fakty w recenzji byłoby jeszcze gorzej. Z uwagi na ten poziom trudno mi było wyobrazić sobie poprawę, a już zwłaszcza istotną, chociaż wraz z audiofilskim doświadczeniem nabrałem przekonania, że „wszystko” jest możliwe, a w każdym razie dużo. (W sumie to jednak kłamię. Dość łatwo mogę wskazać braki, takie czy inne niedociągnięcia każdego jednego systemu. Niemniej poziom był naprawdę wysoki i nie należało też tego nie dostrzegać.) A w takim razie znów bariera, tym razem nie wynikająca z ograniczeń, jakie daje telewizyjny obraz, a wręcz przeciwnie – doskonałości, jaką oferował muzyczny system. I ponownie Grandioso dał radę, co w sumie mnie zezłościło. Bo nie dość, że telewizyjny obraz wraz z jego wybyciem się rozleci, to jeszcze muzyczny oklapnie. Oklapnie do poziomu liderów z AVS, ale jednak oklapnie. To w sumie jest najgorsze w robocie recenzenta, kiedy musi zdać sprzęt za drogi do kupienia a cenny użytkowo. Na szczęście rzadko mnie to dotyka, a w każdym razie rzadko w wymiarze odczuwalnym aż do rozmiaru bólu. Że mocno bolało będzie teraz, o tym się przekonałem natychmiast po odsłuchach. Wróciłem do komputerowego systemu za grubo ponad pięćdziesiąt tysięcy (dokładnie policzyłem i wyszło razem ze słuchawkami a bez samego komputera 67 500 jak w pysk strzelił). Wróciłem – i nie dało się słuchać. Dopiero następnego dnia wieczorem zjawiła się jaka taka nieśmiała satysfakcja. A przecież na rzecz tego systemu pracuje listwa za sześć tysięcy, a najlepsze kable zasilające na powrót przeniosłem do niego. Dobrze, dosyć dywagacji ogólnych, zagłębmy się w istotę. Co takiego potrafił przydać Grandioso brzmieniu, że jeszcze wyżej się dźwignęło i komputerowe granie grążył?

– Pierwsza sprawa, dosyć banalna – przybyło nieco sopranów. Nie w sensie procentowym, ale samych osiągów – stały się wyżej dochodzące i bardziej trójwymiarowe. To nie była znacząca różnica w przypadku szaty muzycznej, ale już brzmienia dzwonków i sopranowych koloratur pokazywały zmianę.

– Skoro sięgnąłem po te dwa testy, odnotujmy przy ich okazji także kolejną różnicę, poprawę głębi brzmienia. Ta też łączyła się z trójwymiarowością, a w przypadku kobiecych głosów łączyła z ich powabem i siłą oddziaływania w wymiarze personalnym. Znowu nie było to nic dojmująco odczuwanego, tym niemniej dającego się zauważyć.

– Poprawiło się też ogniskowanie, obraz całości stał się bardziej wyraźny i jednocześnie bardziej złożony.

– W następstwie różnica kolejna – moc hipnotyzowania oraz siła rzucania czaru. Ta już była wyraźnie większa, lecz głównie za sprawą dwóch cech innych.

– Pierwsza, to stereofonia wzdłużna. Tak to sobie nazwałem, jako coś o tej samej naturze względem normalnej, czyli poprzecznej. Rozstawienie dźwięków na osi prawo-lewo to wielka zdobycz techniki audio, datowana jak chodzi o praktyczne zastosowanie na późne lata 50-te. Na przełomie 50-tych i 60-tych lider techniki nagraniowej – Decca – rozciągnął ją także na sceniczną głębię, co zostało nazwane układem mikrofonów na podobieństwo drzewa (w rozumieniu rzutowym), tzw. Decca tree. Nie rozwijając tematu powiem, że dzięki kondycjonerowi Grandioso uzyskujemy stereofonię wzdłużną, czyli rozwijaną na głębię, w ramach normalnych nagrań. To było już bardzo dobrze słychać, pod tym względem różnica zasadnicza. Można to standardowo nazywać także holografią, ale nie bardzo się ku temu skłaniam, ponieważ efekty budowane przez Grandioso były o wiele subtelniejsze i zarazem nieustająco obecne, a zatem były czymś różnym od makroskopowego, liczonego najczęściej w metrach rozsunięcia muzycznych planów. Trójwymiarowość samych dźwięków i ich wzajemne relacje przestrzenne dzięki wielkiemu kondycjonerowi bardzo zyskały i nieustająco podczas słuchania się temu przyglądałem, tak samo jak zmienionym w dużo prawdziwsze fakturom podczas oglądania obrazu.

– I druga rzecz istotna, powodująca wyraźną różnicę, to sama złożoność dźwięków. Także dziejąca się w powiązaniu z przestrzenią, bo chodzi głównie o widzenie jak propagują przestrzennie. Ale nie tylko, bo sama ich konstrukcyjna złożoność także wchodziła w rachubę – budowały się w doskonalszy sposób, łącząc w swej formie bardziej złożony konstrukt, czytelniejsze faktury oraz lepiej uwidocznione powiązania z przestrzenią. W każdym dosłownie brzmieniu czuć było jak się wzbogaca, jak uzyskuje nowe warstwy, poprzednio niewidoczne. A wraz z tym jak muzyka ożywa i bardziej fascynuje, bo więcej sobą przedstawia.

– Tu muszę wtrącić dygresję, bo jedno „więcej” drugiemu nierówne. Najczęściej podczas wędrówki w jakościową górę mamy do czynienia z prostym przyrostem szczegółów. Ten generalnie jest korzystny, ale czasami (i nie tak rzadko wcale) zdarza się, że te szczegóły zaczynają żyć własnym życiem, muzyczny wydźwięk w nich się traci. Efektem sytuacja częstego paradoksu, kiedy to mawia się uczenie, że „mniej oznacza więcej”. Faktycznie, mniej szczegółów a więcej formy muzycznej to lepsza sytuacja, dająca więcej satysfakcji. I teraz w tym kontekście – Grandioso też dorzuca szczegółów, ale czyni to na wielu poziomach. Nie tylko na poziomie wewnętrznego szkieletu i wierzchniej złożoności faktur, ale tak samo na obszarze wyliczanych przeze mnie w cudzysłowie tłustym drukiem relacji przestrzennych – i to na równi statycznych miar odległości, jak i dynamicznego rozchodzenia się dźwięku. To tworzy wielowymiarową całość, dzięki której muzyka nie tylko nie topi się nie w szczegółach, ale jakby rodzi na nowo, pojawia w doskonalszej formie. I jako właśnie muzyka – można śmiało powiedzieć, że teraz dopiero muzyka!  Dlatego powrót do systemu przy komputerze z użyciem tych samych słuchawek (Ultrasone Tribute 7) okazał się bolesny. Czar prysł – forma uległa degradacji i satysfakcja się zwinęła.

– Z wyżyn całości formy zstąpmy na powrót do rzeczy mniejszych. Bas też wyraźnie zyskiwał – mocniej oddziaływał przestrzennie; aż po w muzyce elektronicznej całej przestrzeni zalanie w poziomie oraz w pionie (czyli na cały obszar i pod niebo). Zyskiwał też, co było równie korzystne, wewnętrzną formę przestrzenną – w widoczny sposób bardziej złożone i czytelne okazywały się dźwięki perkusji, organów czy wiolonczel. Kontrabas packał większą basową poduchą, membrany i struny bardziej wariowały. Ogólnie żywsze stawało się całe szarpane akustyką powietrze, a wraz z nim cała przestrzeń.

– Zyskała też nieco dynamika, ale to już nie był walor kluczowy, bo wcześniej była wierzchołkowa.

– Wraz z lepszą propagacją zyskała też otwartość, lecz nie odnośnie charakteru, a tylko obszaru działania. (Dźwięk przy listwie był całkowicie otwarty, ale nie w tak widoczny i zjawiskowy sposób propagujący.)

– Tak samo jak w przypadku obrazu poprawiła się mocno przezierność. Głębokie (ale też i bliższe) partie sceny stały się lepiej widoczne. Nic nie straciło na tym nasycenie, a żywość medium wyraźnie wzrosła.

– Mógłbym to nazwać wzrostem naturalności, ale że już przy listwie muzyka była naturalna i nieprzeciętnie żywa, wolę nazwać wzrostem spontaniczności. To też mocno się narzucało: Grandioso tchnął w muzykę więcej życia, zaangażowania i właśnie spontaniczności.

– I tej wzbogaconej o spontaniczność, żywszej i bardziej złożonej muzyki, zawieszonej w bardziej obecnej przestrzeni, dużo bardziej chciało się słuchać. Trójwymiarowa głębia i trójwymiarowość samych obiektów dorzucały niebagatelne swoje.

Podsumowanie

Porównując działanie Unicorn Audio Grandioso z Shunyata Denali dostajemy spójny obraz zmian, jakich od wysokiej klasy kondycjonera powinniśmy oczekiwać. Ceny wyznaczają siłę działania – trzy i pół krotnie droższy Grandioso umie to samo i coś więcej. W szczegółach to wyliczyłem, więc tylko na koniec zaakcentuję indywidualne jego przewagi. W zakresie telewizyjnego obrazu potrafił jeszcze lepiej różnicować faktury i przede wszystkim nadawać im w intuicyjnym odbiorze prawdziwszą substancjalność. Tak w odniesieniu do przedmiotów, jak żywych ludzi, było to dreszcz budzące poczucie autentyzmu, a nie tylko lepszego obrazu. Na muzycznym obszarze największe zaś wrażenie robiła stereofonia wzdłuż a nie poprzek linii wzroku. Nie mniejsze jednak trójwymiarowość samych dźwięków i postęp w oddawaniu ich złożoności. Też całościowa żywość, spontaniczność i obraz propagacji. Wszystko to budowało sytuację, w konfrontacji z którą normalny high-endowy dźwięk stawał się niezadowalający i w sensie przynoszenia satysfakcji umierał.

 

Dane techniczne:

  • Obudowa: grubościenna lacha miedziana spawana miedzią i szczotkowana.
  • Zawieszenie: trzy podstawki antywibracyjne o postumentach mosiężnych i kołpakach aluminiowych, pomiędzy którymi kulki z węglika wolframu.
  • Wymiary: 535 x 235 x 155 mm.
  • Waga: 26 kg.
  • Gniazda: 8 x Furutech NFC/16A – odseparowane wewnętrznie wspólną osłoną miedzianą.
  • Obciążalność: łączna sześciu gniazd separowanych transformatorowo – 800 W; indywidualna dwóch nieseparowanych – po 2,0 kW każde.
  • Transformator: Unicorn Audio, zalany w misie miedzianej.
  • Filtry: 6 x tubus miedziany z wypełnieniem mineralnym.
  • Kabel przyłączeniowy: Unicorn Audio Grandioso.

 

 

Test najdroższego kabla świata Siltech Triple Crown bez i z naszym kondycjonerem Unicorn Audio Vertico

Adres – http://hifiphilosophy.com/recenzja-siltech-triple-crown-power/

Kabel po byku.
Postanowiłem być dowcipny, złośliwy i poszukujący. Że mi się jeszcze chciało, to sam się sobie dziwię. Naszła mnie w każdym razie chętka zacząć od takiej siurpryzy, że testowanego super drogiego Triple Crown i porównawczo doń przymierzanych nietanich wpiąłem do listwy za dwa tysiące, podpiętej w ścianę też markowym ale też stosunkowo tanim kablem. Bo skoro krążą słuchy, że odpowiednia sieciówka powinna działać na pełną skalę wpinana wprost do ściany, to w takiej sytuacji i z listwy wszelkie różnice powinny dać się usłyszeć. Skupiłem się szczególnie na porównaniu do Acoustic Zen Gargantuy II, wpinanej naprzemiennie z Triple Crown do przedwzmacniacza ASL Twin-Head, by poprzez końcówkę mocy Croft Polestar1 zasilać albo głośniki Diapason Adamantes, albo słuchawki AKG K1000.
Dlaczego Gargantua a nie Sulek, Harmonix albo Illuminati? Ano z tego powodu, że jest to kabel najżywszy, najbardziej eksponujący detal. Zajadle wszystko wyciągający, a mniej skupiony na eleganckich kreacjach. I to właśnie powinno przynieść odpowiedź na pytanie, czy Triple Crown rzeczywiście dzięki brakowi zaburzeń umie przekazać więcej.
Nie ma co owijać w bawełnę, ten etap skończył się katastrofą. Tak – oczywiście – emocje mnie oracyjnie ponoszą, lecz w każdym razie nie dało się usłyszeć, za co w tym Triple Crown się płaci. No chyba, że przyjmiemy za takie coś uznawać większą nieco spoistość oraz łagodność brzmienia. Lecz względem Gargantuy może to także Sulek za sześć jedynie tysięcy, albo Harmonix za siedem. Może po części nawet za pięć Illuminati. A tutaj cena wprost z kosmosu, że się jej nie chce przytaczać; dziesięć razy aż tyle i to jest czyste szaleństwo, konsumpcja zgoła sarmacka, krańcowo rozpasana. Gdyby więc na tym poprzestać, te Trzy Korony do bani. Ale poprzestać nie można, bo przecież ci co te kable mają nie słuchają z listewek za parę tysięcy złotych. Takie listewki bardzo dobrej jakości robiła wprawdzie francuska firma Fadel, ale Fadel już nie istnieje; właściciel zmarł, nie ma kontynuacji. Innych listw za to bez liku, a co jedna to droższa. Wypiąłem się na listwy, poszedłem w kondycjoner.

Złoto-niebiesko-srebrny.
Jak w swoim teście pokazał Unicorn Audio Vertico, nawet wybitne listwy nie mają przy nim co szukać. To jest inny kaliber – armata przy pukawkach. Już w ścianę wjeżdża na dzień dobry najdroższym Furutechem (albo na zamówienie dowolnym innym kablem z dowolnym innym wtykiem), a  potem super transformator i kriogenicznie uszlachetnione pręty z wysokogatunkowej miedzi w grubej miedzianej klatce zewnętrznej obudowy. Prąd przez nie na gniazdka płynie, że chce się naprawdę słuchać, i tylko szkoda niemała, że ten Vertico nie mój. Ale do testu chętnie przygnał, by wspomóc Trzy Korony i się ich blaskiem ogrzać. Więc jeszcze raz to samo, ale już nie z tą listwą za nędzne dwa tysiące, tylko z kondycjonerem za bardziej pasujące circa dwadzieścia sześć.
Noo, teraz to się podziało, od razu było tak gadać. Różnica wyszła jak niedźwiedź, z tym że w sensie samej wielkości. Bo jakość z innej bajki, takiej o brzydkim kaczątku co to się staje łabędziem. Nie chcę przez to powiedzieć, że z taniej listwy źle grało. Przeciwnie, bardzo dobrze z jednym i drugim kablem. Z Acoustic Zen bardziej żywo, z naciskiem na dobitność, a na Triple Crown spokojniej i bardziej muzykalnie. Jedno granie drugiego warte, po żadnej stronie przewaga. Natomiast teraz wyższość Triple Crown została dobitnie ukazana – i pierwszy raz się zdarzyło, że Gargantua przegrał. A przecież to olbrzym-sybaryta i tak go zawsze chwaliłem. A jednak przegrał wyraźnie, w nadspodziewanej skali. Bronił się przeciw Shunyatom ZITRON i innemu kablowi Siltecha, temu do całkiem niedawna najdoskonalszemu z tej firmy, znaczonego dwiema koronami (Siltech Royal Signature Ruby Double Crown). Bardziej był wprawdzie ten Siltech uniwersalny i miał pewne istotne atuty, ale żebym się do niego wyrywał i Gargantuę chciał rzucać, to tak na pewno nie było. A teraz było niewątpliwie i należy wyjaśnić czemu.
Różnica nie dość że wyraźna, to na dokładkę ciekawa; jaszcze z taką nie miałem okazji się zetknąć. Łatwa w sumie do opisania i w świetle wynurzeń holenderskiego producenta łatwa także do zrozumienia, natomiast niełatwa do akceptacji. To znaczy bardzo łatwa dla posiadaczy Triple Crown, ale okrutna dla nie posiadaczy. O co dokładnie w tym szło?

Z wtykami Furutecha.
Dwa razy opisywałem już Gargantuę i po raz trzeci powtórzę: to kabel niezwykle żywy, iskrzący, znakomicie trafiający gdy chodzi o wokalistów w temperaturę ludzkiego ciała, wspaniale dynamiczny, szczegółowy, namiętny. Obrazujący tak wyraźnie (a ściśle biorąc umożliwiający taką wyraźność), iż zdaje się niepodobieństwem, by cokolwiek jeszcze w tej mierze zostało do zrobienia. Więc gdyby się ktoś chciał założyć, twierdząc że tak naprawdę jest dużo, to bym się zaraz założył. I przegrał. I z kretesem. Ale nie poprzez to, że ten lepszy okazałby się żywszy, lepiej utrafiający w temperaturę, bardziej przejrzysty, sypiący szczegółami. Dobitna wyższość Triple Crown polegała na jednej rzeczy – na bogactwie i czytelności obrazu. Ale nie w sensie detaliczności, także nie separacji, tylko na jakby wielokrotnie większej szybkości odświeżania. W porównaniu do Triple Crown obraz z Gargantui był jako pojedyncza klatka podobnie szczegółowy, ale pomiędzy jedną a drugą klatką miał wiele klatek przerwy. I to się nie ograniczało do parametru spójności (w sensie dopasowania przestrzennego i stylistyki elementów), bo spójność swoją drogą, ale dużo ważniejszy był sposób płynięcie muzyki – bogactwo kolorystycznych półtonów, cała generalnie harmonia. Dźwięk z Gargantui się szatkował, ale bez porównania nie było tego słychać. Przykrywał rwanie obrazu natłokiem informacyjnym, ciepłem, żywością, dynamiką. Wszystko zdawało się w porządku, że o poprawie mowy nie ma; a potem Triple Crown robił coś, jakbyś akordeon rozciągnął albo rozłożył wachlarz i obraz ukryty w zakładkach stanął ci przed oczami. Dosłownie tak się działo, bez najmniejszej przesady. Przeskoki stawały się płynięciem, pomiędzy barwy wchodziły półtony, każdy kształt zyskiwał plastyczną głębię, szczegóły traciły oderwanie, stając się częścią akcji. Ich samodzielne istnienie zupełnie się rozpływało – każdy się stawał kontekstem, fragmentem całokształtu. A ten całokształt tak zyskiwał, że powrót to była kompensacja. Jakby się z pliku FLAC wracało do MP3, albo z analogowej płyty do kiepsko zrealizowanej cyfrowej. Redukcja bardzo gwałtowna, a fakt, że dostrzegana dopiero po przejściu na kondycjoner, zupełnie nie umniejszał jej stopnia i stanu bolesności. Obraz z kondycjonera był ogólnie lepszy o klasę, a po przejściu na Triple Crown o dwie albo trzy.

Recenzja Piotra Ryki z HiFiPhilosophy

Adres – http://hifiphilosophy.com/recenzja-unicorn-audio-vertico/

Rezultat, przynajmniej dla mnie, nie pozostawiał złudzeń – z kondycjonerem okazało się być lepiej. Dźwięk wyszlachetniał, pogłębił się, stał ciekawszy. Nie mam w tym wypadku zamiaru ostrożnie poprzestawać na uwagach w rodzaju: „wydawało się początkowo, że nie zaszła poprawa i nic się nie zmieniło, jednakże po pewnym czasie…” Albo inaczej, też w tym samym stylu: „niby nic takiego nie zaszło, ale dźwięk się uporządkował…” W żadnym razie nie podziało się w tak szczątkowy sposób, toteż nie będę się za tego rodzaju chwytami opisowymi dekował. Jakieś marginalne porządki i śladowe „post-odsłuchowe” poprawy zostawmy na inną okazję, a tym razem poprawa okazała się całościowa i jak najbardziej konkretna. Skok się wydarzył o całą jakość a nie wąziutki margines; słuchanie bez i z Jednorożcem to były różne słuchania. Pomimo takiego toru, w tym takiej klasy kabli, także zasilających. Jak również tego, że w ścianie mam markowe, lite przewody po cztery milimetry kwadrat.

I zintegrowany kabel zasilający Furutecha.

Co jednak z tą elegancją i pogłębieniem – czy to się da uściślić? Owszem, można o tym nieco więcej powiedzieć. Kolory się nasączyły, powierzchnie zaczęły być bardziej lśniące, tło sczerniało i zyskało większą pojemność, a amplitudy zyskały gładsze i głębsze siodła. (Co sobie szczególnie cenię). Wiele razy już o tym pisałem, ale tu znowu dużą furą na sam środek to wyjechało – dźwięk zyskujący szczególną urodę dzięki dynamice połączonej z brzmieniową słodyczą, gdy właśnie te siodła stają się głębsze i gładsze. Coś trochę jakby zastąpić zwykły cynowy talerz prawdziwym perkusyjnym Zildjiana, albo głos pani przedszkolanki szkolonym, rasowym sopranem. Inny zgoła wymiar muzyki i okazuje się, że przy pomocy UnicornVertico też takie cuda się wyprawiają. Oczywiście nie tak zasadnicze, ale wcale też i nie małe – bynajmniej nie śladowe. Od razu kopnęła mnie jednorożcowa muzyka lepszym wyraźnie brzmieniem i szkoda mi teraz, że ta miedziana skorupa zabrała się i odjechała. Wyszlachetniały zresztą nie tylko głosy ale także pogłosy, a jak już także wiele razy pisałem, piękno w pogłosach może być ważniejsze, ponieważ nie niesie form znaczeniowych i jest dzięki temu łatwiej rozpoznawalne. Te pogłosy dzięki Vertico nabrały piękności naprawdę, coś niczym by kolumny ze zwykłych zastąpić tubowymi. A zwróćcie kiedyś uwagę, o ile wybrzmienia i pogłosy przy tubach są piękniejsze i bardziej trójwymiarowe. Podobnie jak lampy mają tuby swoje specjały i przewagi, lecz kondycjoner Vertico potrafi w znacznym stopniu je znosić, przydając zwykłym głośnikom tubowego charakteru a tranzystorom lampowego czaru. Nasyca brzmienia, pogłębia hiperbole i uszlachetnia pogłosy. Czyni wszystko bogatszym, ciekawszym, barwniejszym, bardziej ekskluzywnym. A do tego, jak obiecali twórcy, nie ma w tym żadnego coś za coś. Nie spada szybkość, dynamika, otwartość ani potęga brzmienia…

Podsumowanie

Wygląda na to, że miałem do czynienia z kolejną krajową niespodzianką. A jest ich, trzeba przyznać, niemało i coraz, coraz więcej. Kolumny Audioforma, TR-Studio, Ifajstejo i wiele jeszcze innych; okablowanie Sulka, KBL-Sound, Illuminati, Albedo, Enner; fenomenalne systemy Destination i Ancient Audio, wzmacniacze Baltlaba, Abyss, AmareMusica, Divaldi; fantastyczne gramofony Sikory, sporo wzmacniaczy słuchawkowych, audiofilskie stelaże, ustroje…

Z tego się już uformowała cała ławica sprzętowa, wśród której płyną grube rybska, po wieloryby włącznie. A teraz, by to wszystko odpowiednio zasilić, dołączają jeszcze połyskujące ciepłym światłem kondycjonery od Unicorn Audio. Rewelacyjnie się sprawdzające, że bardzo chciałbym mieć taki, a na dodatek znakomicie się prezentujące, że wcale nie trzeba ich chować. Błyszczące polerowaną miedzią niczym rondle w profesjonalnej, pięciogwiazdkowej kuchni, do gotowania prądu pod najbardziej nawet utytułowane i drogie brzmienia. A dobry prąd – czy ktoś to lubi, czy przeciwnie – to jest nie nawet połowa audiofilskiego sukcesu, ale konieczny warunek całkowitego spełnienia. Nie zawsze do satysfakcjonującego brzmienia potrzebny – czasami udaje się tak dobrać urządzenia i same zasilające kable, że już jest znakomicie – ale co z tego, kiedy potem bierzemy dobrą listwę i okazuje się być lepiej. Działo się tak u mnie wielokroć, toteż wiem o czym mówię. A kondycjoner Unicorn Audio Vertico to jeszcze krok następny, ażeby się podziało, jak wyżej opisałem. Można bez niego żyć – no pewnie, da się – ale jak kogoś stać, to po co? Na jaką, panie, cholerę?

Zalety:

  • Pod wieloma względami wzbogacony, a pod żadnym nie zubożony muzyczny obraz.
  • Głębsze brzmienie.
  • Żywsze.
  • Bardziej połyskliwe.
  • Z głębszym, czarniejszym i pojemniejszym tłem.
  • Z większym dopieszczeniem i lepszą ekspozycją detali.
  • Bardziej hiperboliczne i czarujące.
  • W efekcie całościowo bardziej poruszające i angażujące.
  • Żadnych towarzyszących temu skutków ubocznych – zmęczenia dźwiękiem, agresji, zniekształceń, podbijania.
  • Nienaruszona też całościowa spójność.
  • Tak jak obiecywali twórcy, żadnego ujęcia dynamiki, mocy, potęgi, otwartości.
  • Sumarycznie daje to więcej niż nawet najlepsza listwa.
  • Można podpiąć cały system o dużej mocy.
  • Miedziana klatka Faradaya.
  • Zintegrowany przewód wysokiej klasy.
  • Można zamówić z innym.
  • Najlepsze gniazda Furutecha.
  • Kriogenicznie uszlachetnione listwy dystrybucji energii.
  • Elegancki, pasujący do drogich urządzeń wygląd.
  • Wielu zadowolonych użytkowników.
  • Made in Poland.

Wady i zastrzeżenia:

  • Trzeba się wykosztować.
  • Podświetlany szyld powinien dać się wyłączyć.
  • Mimo wszystko trzeba uważać podczas przenoszenia.
  • Podkładanie nóżek jest uciążliwe.

Krótka recenzja kondycjonera Unicorn Audio.

Po olampowaniu moich Verdierów ( triode spirit 300B i audio- bloc na EL 34) znakomitymi lampami dostarczonymi przez P. Piotra Susuła, po raz pierwszy zacząłem wyraźnie słyszeć niedostatki wynikające z zasilania. Musiałem pozbyć się mojej (dość podstawowej) listwy sieciowej i szukać czegoś stosownego. Otrzymałem do testu piękne urządzenie, w miedzianej obudowie, o wadze przyzwoitego wzmacniacza.

Po podłączeniu do systemu poczułem ulgę, że wszystko może zagrać dobrze, wyraźnie lepiej niż poprzednio.

Aby mieć skalę porównania- wypożyczyłem Isoteka- Auariusa- model wysoko ceniony przez dwóch moich kolegów.

Po podpięciu go w miejsce Unicorna- mój świat poszarzał a muzyka straciła ducha. O magii za którą kocham moje Verdiery już nie wspomnę. Test nie trwał długo- nie mogłem oprzeć się potrzebie ponownego podpięcia miedzianej elektrowni.

Wróciły kolory, pełnia średnicy i basu, głębokość sceny, pogłosy, słyszalność akustyki pomieszczeń w których nagrywano itd.

I tak jest do dzisiaj- Unicorn trwale wpisał się w mój system. Polecam go bez cienia wątpliwości.

Waldemar Szeszuła, architekt, lat 53


Z Piotrem Susuł i jego firmami wspolpracuje od 2015 roku, zaopatruje mnie w lampy do wszystkich urzadzen ktorych uzywam (zawsze idealnie wymierzone), serwisuje sprzet oraz doradza, co zmienic by bylo lepiej.

Piotr jest tez projektantem i wykonawca kondycjonera studyjnego  ktory pracuje w moim studio filtrujac napiecie.

Jest on pierwszym ogniwem lancucha energii w mojej pracowni, rzacza bez ktorej nie wyobrazam sobie obecnie pracy, ktora nie tylko w znaczący sposób wpływa na poprawę jakości dźwięku i realizacji w moim studio, ale również przedluza zycie całemu osprzętowi.

Warto wspomniec warto, ze po przeprowadzce za miasto wczesniejszy autokondycjoner Furman podpiety prosto

do gniazdka przy spadkach napiecia ( w malych miejscowosciach to czesty problem) poprostu nie wytrzymal i po 2 latach przestal dzialac.

Polecam z calego serca, dobrze miec takich ludzi zawsze pod reka !!

Karol Mozgawa ( Studio DEAS )


„zakup kontrolowany” lecz trafiony przypadkiem w trakcie poszukiwań lamp.

Chylę czoła, panie Piotrze nad rozległą wiedzą na temat lamp oraz aplikacji, w których mają zagrać. Sceptycznie podchodziłem do informacji, że lampy 6s33s z różnych lat produkcji będą grały inaczej, a tu proszę jakie miłe zaskoczenie. Wszystkie Pańskie informacje o lampach jakie otrzymałem przed zakupem pokryły się w 110% !!! w trakcie odsłuchów. Lampy grają świeeeeetnie !!!!

Wszystko gra teraz przepysznie aż chce się słuchać płyty za płytą. Kontakt z P. Piotrem wyśmienity.
Polecam wszystkim skorzystanie z tej wiedzy a nikt po zakupie nie będzie zawiedziony.

Dariusz Szlaski


Od czasu pierwszego odsłuchu w moim systemie kondycjonera Unicorn Audio Vertico minęło już sporo godzin a ja wciąż nie wiem jak opisać to co usłyszałem…. a właściwie poczułem. No ale ad rem.

Przed wpięciem Vertico , sądziłem że, mój system (m.in. Accuphase, Leben, Dynaudio) pokazuje wszystko co trzeba.

Lepiej lub nieco gorzej, ale jednak pokazuje.

Kiedy Piotr Susuł przyniósł – raczej przytargał – do mnie kondycjoner Unicorn Audio i wpięliśmy go w miejsce mojego, IsoTeka, okazało się, że dopiero teraz jest wszystko!!!

Pierwszy raz usłyszałem co to znaczy „czarne tło”. Takie prawdziwe, nieskończone i no właśnie, coś jeszcze… Nie potrafię tego nazwać.

Pierwszy raz usłyszałem siłę z jaką pianista naciska/głaszcze klawisze fortepianu przy „piano”.

Tych pierwszych razów było jeszcze kilka, ale te zachowam już dla siebie.

Jestem głęboko przekonany, że każdy kto kocha dobre dźwięki doceni „dobrostan” jaki do KAŻDEGO systemu wnosi kondycjoner Unicorn Audio.

Tomek Czeczótko, dziennikarz

Vertico Leggero

W stosunku do wersji pure copper hi end i aluminium art,  pure copper różni s ...

Szczegóły >
Nowość

Studio Reference

Najbardziej zaawansowane urządzenie marki Unicorn Audio, dodatkowo zindywiduali ...

Szczegóły >

Pure Copper / Aluminium Art

Młodszy brat wersji Hi End. Pozostawiono w jego budowie wszystkie najistotniejs ...

Szczegóły >
UWAGA ! STRONA W PRZEBUDOWIE. ZAPRASZAMY WKRÓTCE.