O Nas

• • •

Test najdroższego kabla świata Siltech Triple Crown bez i z naszym kondycjonerem Unicorn Audio Vertico

Adres – http://hifiphilosophy.com/recenzja-siltech-triple-crown-power/

Kabel po byku.
Postanowiłem być dowcipny, złośliwy i poszukujący. Że mi się jeszcze chciało, to sam się sobie dziwię. Naszła mnie w każdym razie chętka zacząć od takiej siurpryzy, że testowanego super drogiego Triple Crown i porównawczo doń przymierzanych nietanich wpiąłem do listwy za dwa tysiące, podpiętej w ścianę też markowym ale też stosunkowo tanim kablem. Bo skoro krążą słuchy, że odpowiednia sieciówka powinna działać na pełną skalę wpinana wprost do ściany, to w takiej sytuacji i z listwy wszelkie różnice powinny dać się usłyszeć. Skupiłem się szczególnie na porównaniu do Acoustic Zen Gargantuy II, wpinanej naprzemiennie z Triple Crown do przedwzmacniacza ASL Twin-Head, by poprzez końcówkę mocy Croft Polestar1 zasilać albo głośniki Diapason Adamantes, albo słuchawki AKG K1000.
Dlaczego Gargantua a nie Sulek, Harmonix albo Illuminati? Ano z tego powodu, że jest to kabel najżywszy, najbardziej eksponujący detal. Zajadle wszystko wyciągający, a mniej skupiony na eleganckich kreacjach. I to właśnie powinno przynieść odpowiedź na pytanie, czy Triple Crown rzeczywiście dzięki brakowi zaburzeń umie przekazać więcej.
Nie ma co owijać w bawełnę, ten etap skończył się katastrofą. Tak – oczywiście – emocje mnie oracyjnie ponoszą, lecz w każdym razie nie dało się usłyszeć, za co w tym Triple Crown się płaci. No chyba, że przyjmiemy za takie coś uznawać większą nieco spoistość oraz łagodność brzmienia. Lecz względem Gargantuy może to także Sulek za sześć jedynie tysięcy, albo Harmonix za siedem. Może po części nawet za pięć Illuminati. A tutaj cena wprost z kosmosu, że się jej nie chce przytaczać; dziesięć razy aż tyle i to jest czyste szaleństwo, konsumpcja zgoła sarmacka, krańcowo rozpasana. Gdyby więc na tym poprzestać, te Trzy Korony do bani. Ale poprzestać nie można, bo przecież ci co te kable mają nie słuchają z listewek za parę tysięcy złotych. Takie listewki bardzo dobrej jakości robiła wprawdzie francuska firma Fadel, ale Fadel już nie istnieje; właściciel zmarł, nie ma kontynuacji. Innych listw za to bez liku, a co jedna to droższa. Wypiąłem się na listwy, poszedłem w kondycjoner.

Złoto-niebiesko-srebrny.
Jak w swoim teście pokazał Unicorn Audio Vertico, nawet wybitne listwy nie mają przy nim co szukać. To jest inny kaliber – armata przy pukawkach. Już w ścianę wjeżdża na dzień dobry najdroższym Furutechem (albo na zamówienie dowolnym innym kablem z dowolnym innym wtykiem), a  potem super transformator i kriogenicznie uszlachetnione pręty z wysokogatunkowej miedzi w grubej miedzianej klatce zewnętrznej obudowy. Prąd przez nie na gniazdka płynie, że chce się naprawdę słuchać, i tylko szkoda niemała, że ten Vertico nie mój. Ale do testu chętnie przygnał, by wspomóc Trzy Korony i się ich blaskiem ogrzać. Więc jeszcze raz to samo, ale już nie z tą listwą za nędzne dwa tysiące, tylko z kondycjonerem za bardziej pasujące circa dwadzieścia sześć.
Noo, teraz to się podziało, od razu było tak gadać. Różnica wyszła jak niedźwiedź, z tym że w sensie samej wielkości. Bo jakość z innej bajki, takiej o brzydkim kaczątku co to się staje łabędziem. Nie chcę przez to powiedzieć, że z taniej listwy źle grało. Przeciwnie, bardzo dobrze z jednym i drugim kablem. Z Acoustic Zen bardziej żywo, z naciskiem na dobitność, a na Triple Crown spokojniej i bardziej muzykalnie. Jedno granie drugiego warte, po żadnej stronie przewaga. Natomiast teraz wyższość Triple Crown została dobitnie ukazana – i pierwszy raz się zdarzyło, że Gargantua przegrał. A przecież to olbrzym-sybaryta i tak go zawsze chwaliłem. A jednak przegrał wyraźnie, w nadspodziewanej skali. Bronił się przeciw Shunyatom ZITRON i innemu kablowi Siltecha, temu do całkiem niedawna najdoskonalszemu z tej firmy, znaczonego dwiema koronami (Siltech Royal Signature Ruby Double Crown). Bardziej był wprawdzie ten Siltech uniwersalny i miał pewne istotne atuty, ale żebym się do niego wyrywał i Gargantuę chciał rzucać, to tak na pewno nie było. A teraz było niewątpliwie i należy wyjaśnić czemu.
Różnica nie dość że wyraźna, to na dokładkę ciekawa; jaszcze z taką nie miałem okazji się zetknąć. Łatwa w sumie do opisania i w świetle wynurzeń holenderskiego producenta łatwa także do zrozumienia, natomiast niełatwa do akceptacji. To znaczy bardzo łatwa dla posiadaczy Triple Crown, ale okrutna dla nie posiadaczy. O co dokładnie w tym szło?

Z wtykami Furutecha.
Dwa razy opisywałem już Gargantuę i po raz trzeci powtórzę: to kabel niezwykle żywy, iskrzący, znakomicie trafiający gdy chodzi o wokalistów w temperaturę ludzkiego ciała, wspaniale dynamiczny, szczegółowy, namiętny. Obrazujący tak wyraźnie (a ściśle biorąc umożliwiający taką wyraźność), iż zdaje się niepodobieństwem, by cokolwiek jeszcze w tej mierze zostało do zrobienia. Więc gdyby się ktoś chciał założyć, twierdząc że tak naprawdę jest dużo, to bym się zaraz założył. I przegrał. I z kretesem. Ale nie poprzez to, że ten lepszy okazałby się żywszy, lepiej utrafiający w temperaturę, bardziej przejrzysty, sypiący szczegółami. Dobitna wyższość Triple Crown polegała na jednej rzeczy – na bogactwie i czytelności obrazu. Ale nie w sensie detaliczności, także nie separacji, tylko na jakby wielokrotnie większej szybkości odświeżania. W porównaniu do Triple Crown obraz z Gargantui był jako pojedyncza klatka podobnie szczegółowy, ale pomiędzy jedną a drugą klatką miał wiele klatek przerwy. I to się nie ograniczało do parametru spójności (w sensie dopasowania przestrzennego i stylistyki elementów), bo spójność swoją drogą, ale dużo ważniejszy był sposób płynięcie muzyki – bogactwo kolorystycznych półtonów, cała generalnie harmonia. Dźwięk z Gargantui się szatkował, ale bez porównania nie było tego słychać. Przykrywał rwanie obrazu natłokiem informacyjnym, ciepłem, żywością, dynamiką. Wszystko zdawało się w porządku, że o poprawie mowy nie ma; a potem Triple Crown robił coś, jakbyś akordeon rozciągnął albo rozłożył wachlarz i obraz ukryty w zakładkach stanął ci przed oczami. Dosłownie tak się działo, bez najmniejszej przesady. Przeskoki stawały się płynięciem, pomiędzy barwy wchodziły półtony, każdy kształt zyskiwał plastyczną głębię, szczegóły traciły oderwanie, stając się częścią akcji. Ich samodzielne istnienie zupełnie się rozpływało – każdy się stawał kontekstem, fragmentem całokształtu. A ten całokształt tak zyskiwał, że powrót to była kompensacja. Jakby się z pliku FLAC wracało do MP3, albo z analogowej płyty do kiepsko zrealizowanej cyfrowej. Redukcja bardzo gwałtowna, a fakt, że dostrzegana dopiero po przejściu na kondycjoner, zupełnie nie umniejszał jej stopnia i stanu bolesności. Obraz z kondycjonera był ogólnie lepszy o klasę, a po przejściu na Triple Crown o dwie albo trzy.

Recenzja Piotra Ryki z HiFiPhilosophy

Adres – http://hifiphilosophy.com/recenzja-unicorn-audio-vertico/

Rezultat, przynajmniej dla mnie, nie pozostawiał złudzeń – z kondycjonerem okazało się być lepiej. Dźwięk wyszlachetniał, pogłębił się, stał ciekawszy. Nie mam w tym wypadku zamiaru ostrożnie poprzestawać na uwagach w rodzaju: „wydawało się początkowo, że nie zaszła poprawa i nic się nie zmieniło, jednakże po pewnym czasie…” Albo inaczej, też w tym samym stylu: „niby nic takiego nie zaszło, ale dźwięk się uporządkował…” W żadnym razie nie podziało się w tak szczątkowy sposób, toteż nie będę się za tego rodzaju chwytami opisowymi dekował. Jakieś marginalne porządki i śladowe „post-odsłuchowe” poprawy zostawmy na inną okazję, a tym razem poprawa okazała się całościowa i jak najbardziej konkretna. Skok się wydarzył o całą jakość a nie wąziutki margines; słuchanie bez i z Jednorożcem to były różne słuchania. Pomimo takiego toru, w tym takiej klasy kabli, także zasilających. Jak również tego, że w ścianie mam markowe, lite przewody po cztery milimetry kwadrat.

I zintegrowany kabel zasilający Furutecha.

Co jednak z tą elegancją i pogłębieniem – czy to się da uściślić? Owszem, można o tym nieco więcej powiedzieć. Kolory się nasączyły, powierzchnie zaczęły być bardziej lśniące, tło sczerniało i zyskało większą pojemność, a amplitudy zyskały gładsze i głębsze siodła. (Co sobie szczególnie cenię). Wiele razy już o tym pisałem, ale tu znowu dużą furą na sam środek to wyjechało – dźwięk zyskujący szczególną urodę dzięki dynamice połączonej z brzmieniową słodyczą, gdy właśnie te siodła stają się głębsze i gładsze. Coś trochę jakby zastąpić zwykły cynowy talerz prawdziwym perkusyjnym Zildjiana, albo głos pani przedszkolanki szkolonym, rasowym sopranem. Inny zgoła wymiar muzyki i okazuje się, że przy pomocy UnicornVertico też takie cuda się wyprawiają. Oczywiście nie tak zasadnicze, ale wcale też i nie małe – bynajmniej nie śladowe. Od razu kopnęła mnie jednorożcowa muzyka lepszym wyraźnie brzmieniem i szkoda mi teraz, że ta miedziana skorupa zabrała się i odjechała. Wyszlachetniały zresztą nie tylko głosy ale także pogłosy, a jak już także wiele razy pisałem, piękno w pogłosach może być ważniejsze, ponieważ nie niesie form znaczeniowych i jest dzięki temu łatwiej rozpoznawalne. Te pogłosy dzięki Vertico nabrały piękności naprawdę, coś niczym by kolumny ze zwykłych zastąpić tubowymi. A zwróćcie kiedyś uwagę, o ile wybrzmienia i pogłosy przy tubach są piękniejsze i bardziej trójwymiarowe. Podobnie jak lampy mają tuby swoje specjały i przewagi, lecz kondycjoner Vertico potrafi w znacznym stopniu je znosić, przydając zwykłym głośnikom tubowego charakteru a tranzystorom lampowego czaru. Nasyca brzmienia, pogłębia hiperbole i uszlachetnia pogłosy. Czyni wszystko bogatszym, ciekawszym, barwniejszym, bardziej ekskluzywnym. A do tego, jak obiecali twórcy, nie ma w tym żadnego coś za coś. Nie spada szybkość, dynamika, otwartość ani potęga brzmienia…

Podsumowanie

Wygląda na to, że miałem do czynienia z kolejną krajową niespodzianką. A jest ich, trzeba przyznać, niemało i coraz, coraz więcej. Kolumny Audioforma, TR-Studio, Ifajstejo i wiele jeszcze innych; okablowanie Sulka, KBL-Sound, Illuminati, Albedo, Enner; fenomenalne systemy Destination i Ancient Audio, wzmacniacze Baltlaba, Abyss, AmareMusica, Divaldi; fantastyczne gramofony Sikory, sporo wzmacniaczy słuchawkowych, audiofilskie stelaże, ustroje…

Z tego się już uformowała cała ławica sprzętowa, wśród której płyną grube rybska, po wieloryby włącznie. A teraz, by to wszystko odpowiednio zasilić, dołączają jeszcze połyskujące ciepłym światłem kondycjonery od Unicorn Audio. Rewelacyjnie się sprawdzające, że bardzo chciałbym mieć taki, a na dodatek znakomicie się prezentujące, że wcale nie trzeba ich chować. Błyszczące polerowaną miedzią niczym rondle w profesjonalnej, pięciogwiazdkowej kuchni, do gotowania prądu pod najbardziej nawet utytułowane i drogie brzmienia. A dobry prąd – czy ktoś to lubi, czy przeciwnie – to jest nie nawet połowa audiofilskiego sukcesu, ale konieczny warunek całkowitego spełnienia. Nie zawsze do satysfakcjonującego brzmienia potrzebny – czasami udaje się tak dobrać urządzenia i same zasilające kable, że już jest znakomicie – ale co z tego, kiedy potem bierzemy dobrą listwę i okazuje się być lepiej. Działo się tak u mnie wielokroć, toteż wiem o czym mówię. A kondycjoner Unicorn Audio Vertico to jeszcze krok następny, ażeby się podziało, jak wyżej opisałem. Można bez niego żyć – no pewnie, da się – ale jak kogoś stać, to po co? Na jaką, panie, cholerę?

Zalety:

  • Pod wieloma względami wzbogacony, a pod żadnym nie zubożony muzyczny obraz.
  • Głębsze brzmienie.
  • Żywsze.
  • Bardziej połyskliwe.
  • Z głębszym, czarniejszym i pojemniejszym tłem.
  • Z większym dopieszczeniem i lepszą ekspozycją detali.
  • Bardziej hiperboliczne i czarujące.
  • W efekcie całościowo bardziej poruszające i angażujące.
  • Żadnych towarzyszących temu skutków ubocznych – zmęczenia dźwiękiem, agresji, zniekształceń, podbijania.
  • Nienaruszona też całościowa spójność.
  • Tak jak obiecywali twórcy, żadnego ujęcia dynamiki, mocy, potęgi, otwartości.
  • Sumarycznie daje to więcej niż nawet najlepsza listwa.
  • Można podpiąć cały system o dużej mocy.
  • Miedziana klatka Faradaya.
  • Zintegrowany przewód wysokiej klasy.
  • Można zamówić z innym.
  • Najlepsze gniazda Furutecha.
  • Kriogenicznie uszlachetnione listwy dystrybucji energii.
  • Elegancki, pasujący do drogich urządzeń wygląd.
  • Wielu zadowolonych użytkowników.
  • Made in Poland.

Wady i zastrzeżenia:

  • Trzeba się wykosztować.
  • Podświetlany szyld powinien dać się wyłączyć.
  • Mimo wszystko trzeba uważać podczas przenoszenia.
  • Podkładanie nóżek jest uciążliwe.

Krótka recenzja kondycjonera Unicorn Audio.

Po olampowaniu moich Verdierów ( triode spirit 300B i audio- bloc na EL 34) znakomitymi lampami dostarczonymi przez P. Piotra Susuła, po raz pierwszy zacząłem wyraźnie słyszeć niedostatki wynikające z zasilania. Musiałem pozbyć się mojej (dość podstawowej) listwy sieciowej i szukać czegoś stosownego. Otrzymałem do testu piękne urządzenie, w miedzianej obudowie, o wadze przyzwoitego wzmacniacza.

Po podłączeniu do systemu poczułem ulgę, że wszystko może zagrać dobrze, wyraźnie lepiej niż poprzednio.

Aby mieć skalę porównania- wypożyczyłem Isoteka- Auariusa- model wysoko ceniony przez dwóch moich kolegów.

Po podpięciu go w miejsce Unicorna- mój świat poszarzał a muzyka straciła ducha. O magii za którą kocham moje Verdiery już nie wspomnę. Test nie trwał długo- nie mogłem oprzeć się potrzebie ponownego podpięcia miedzianej elektrowni.

Wróciły kolory, pełnia średnicy i basu, głębokość sceny, pogłosy, słyszalność akustyki pomieszczeń w których nagrywano itd.

I tak jest do dzisiaj- Unicorn trwale wpisał się w mój system. Polecam go bez cienia wątpliwości.

Waldemar Szeszuła, architekt, lat 53


Z Piotrem Susuł i jego firmami wspolpracuje od 2015 roku, zaopatruje mnie w lampy do wszystkich urzadzen ktorych uzywam (zawsze idealnie wymierzone), serwisuje sprzet oraz doradza, co zmienic by bylo lepiej.

Piotr jest tez projektantem i wykonawca kondycjonera studyjnego  ktory pracuje w moim studio filtrujac napiecie.

Jest on pierwszym ogniwem lancucha energii w mojej pracowni, rzacza bez ktorej nie wyobrazam sobie obecnie pracy, ktora nie tylko w znaczący sposób wpływa na poprawę jakości dźwięku i realizacji w moim studio, ale również przedluza zycie całemu osprzętowi.

Warto wspomniec warto, ze po przeprowadzce za miasto wczesniejszy autokondycjoner Furman podpiety prosto

do gniazdka przy spadkach napiecia ( w malych miejscowosciach to czesty problem) poprostu nie wytrzymal i po 2 latach przestal dzialac.

Polecam z calego serca, dobrze miec takich ludzi zawsze pod reka !!

Karol Mozgawa ( Studio DEAS )


„zakup kontrolowany” lecz trafiony przypadkiem w trakcie poszukiwań lamp.

Chylę czoła, panie Piotrze nad rozległą wiedzą na temat lamp oraz aplikacji, w których mają zagrać. Sceptycznie podchodziłem do informacji, że lampy 6s33s z różnych lat produkcji będą grały inaczej, a tu proszę jakie miłe zaskoczenie. Wszystkie Pańskie informacje o lampach jakie otrzymałem przed zakupem pokryły się w 110% !!! w trakcie odsłuchów. Lampy grają świeeeeetnie !!!!

Wszystko gra teraz przepysznie aż chce się słuchać płyty za płytą. Kontakt z P. Piotrem wyśmienity.
Polecam wszystkim skorzystanie z tej wiedzy a nikt po zakupie nie będzie zawiedziony.

Dariusz Szlaski


Od czasu pierwszego odsłuchu w moim systemie kondycjonera Unicorn Audio Vertico minęło już sporo godzin a ja wciąż nie wiem jak opisać to co usłyszałem…. a właściwie poczułem. No ale ad rem.

Przed wpięciem Vertico , sądziłem że, mój system (m.in. Accuphase, Leben, Dynaudio) pokazuje wszystko co trzeba.

Lepiej lub nieco gorzej, ale jednak pokazuje.

Kiedy Piotr Susuł przyniósł – raczej przytargał – do mnie kondycjoner Unicorn Audio i wpięliśmy go w miejsce mojego, IsoTeka, okazało się, że dopiero teraz jest wszystko!!!

Pierwszy raz usłyszałem co to znaczy „czarne tło”. Takie prawdziwe, nieskończone i no właśnie, coś jeszcze… Nie potrafię tego nazwać.

Pierwszy raz usłyszałem siłę z jaką pianista naciska/głaszcze klawisze fortepianu przy „piano”.

Tych pierwszych razów było jeszcze kilka, ale te zachowam już dla siebie.

Jestem głęboko przekonany, że każdy kto kocha dobre dźwięki doceni „dobrostan” jaki do KAŻDEGO systemu wnosi kondycjoner Unicorn Audio.

Tomek Czeczótko, dziennikarz

Vertico Leggero

W stosunku do wersji pure cooper hi end i aluminium art,  pure cooper różni s ...

Szczegóły >
Nowość

Studio Reference

Najbardziej zaawansowane urządzenie marki Unicorn Audio, dodatkowo zindywiduali ...

Szczegóły >

Pure Cooper / Aluminium Art

Młodszy brat wersji Hi End. Pozostawiono w jego budowie wszystkie najistotniejs ...

Szczegóły >
UWAGA ! STRONA W PRZEBUDOWIE. ZAPRASZAMY WKRÓTCE.